wracałem po pracy przez park
do domu i noc prawie,
straszna i ciemna
wracałem tup tup,
deszcz padał kap kap,
i zęby szczękały mi z zimna
na ławce przy bramie
trzech chłopców siedziało
i piwo z papierosami
staram się myk myk,
a oni hyc hyc,
i nagle mam ich za plecami
strasznie wystrachan
odwracam się do nich i pytam
czy czego potrzeba
tu noże błysk błysk
i gazem psik psik
i mówią oddawaj pieniądze
jak mam im je oddać,
gdy leżę na ziemi
i oczy zalane mam łzami
i leżę chlip chlip
a oni łup łup
kopią mnie adidasami
po chwili zmęczeni
sprawdzają kieszenie
w pogoni za banknotami
i w spodniach grzeb grzeb
koszulę szarp szarp
papierem uradowani
dwa słowa przestrogi
policji nie mówić
znikają między drzewami
krew z nosa kap kap
krwią pluję tfu tfu
i tak cud, że nie zębami
wstaję na nogi,
szukam plecaka,
rozglądam się za szkodami
i sowa huu huu
i koty miau miau
park wrócił do równowagi
wlekę się dalej,
rozważam szpital,
głowa boli potwornie,
czaszka bum bum,
serce łup łup,
zły jestem bo mokre mam spodnie
wróciłem do domu,
rany przemyłem,
lód przyłożyłem do głowy,
glutami smark smark,
jodyną auć auć,
i w łóżku już leżę gotowy
i w śnie niespokojnym,
w koszmarze potwornym,
wracam po pracy przez park
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz